poniedziałek, 23 czerwca 2008

O metodzie (o ironio)

Nie dla mnie rozkosze biblioteki, katedry i scholi. Umysł, który nie zdołał dostosować się do reżimu, uparty, niestały, włóczący sie po peryferiach. Intelekt niezbyt wprawny w sylogizmach i indukcji, za to ze skłonnoscią do ryzyka. Lubiacy podważać podwalinę konstrukcji myślowej, to znowu ryzykujacy nieuprawnioną tezę. Zakochany bez wzajemności w metodzie hermeneutycznej. Nigdy z pozycji widza i sedziego, zawsze od wewnatrz. Postmodernistyczny nomada, nie turysta. Któryś z nich (Dderida?? Dddeleuze?? Chyba Deleuze, a może ten architekt od filozofii autostrad, jak mu tam było??) napisał, że racjonalizm ma charakter wyspowy, pośród morza nie-racjonalizmu, irracjonalizmu. Mój umysł to taki nomada na pustyni albo żeglarz omijajacy rafy chaosu, szukajacy nawet nie sensu a juz broń Boże nie uniwersalnego sensu tylko lokalnego konsensusu. Wymagania nader skromne, ale za to ten feeling. Umysł karmiacy zmysły, nie na odwrót.
Hermeneutyka zaklada, że poszukiwaczem jest Da-sein, byt tu-i-teraz, ale nie jakikolwiek, lecz byt rozumiejacy. Poszukuje - a jakże - sensu. Relacja jaka zachodzi miedzy nim a swiatem to rozumienie. Tak, tak, to proste, koń nie rozumie, czosnek nie rozumie, ani pustak, a człowiek - jest nakierowany, transcendentalny, zawsze w relacji (relacji rozumienia) do czegoś. Poszukiwacz sensu, podróżnik. Ważne by być w tym, co chce się zrozumieć. Jak Kapusciński i Herodot, jak Milewicz, jak Fraser. To bycie zakłada jedną niepodważalną tezę u postaw - tezę o istnieniu tego co rozumiem. Śmieszą mnie rozważania, czy Bóg istnieje. Kogo to obchodzi, albo niebo, albo piekło i inne takie. Nigdy nie zrozumie ktoś, kto wychodzi od wątpienia (sorry Kartezjusz).

Brak komentarzy: